wtorek, 26 stycznia 2016

Przystanek Auschwitz - Anna Kowalczyk, Lidia Grzegórska


Tytuł: Przystanek Auschwitz

Autor: Anna Kowalczyk, Lidia Grzegórska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, seria Żółty Tygrys
Rok i miejsce wydania: 1981, Warszawa

Okładka: miękka
Stron: 111

______
Fragment:

   "- Rozebrać się do naga. Ubrania złożyć w kostkę i położyć obok siebie. Wszystko ma być wykonane szybko i sprawnie. Nie radzę marudzić. Herr doktor nie ma zbyt wiele czasu dla was.
   Polecenie zostało wykonane. Esesmani przechadzali się pomiędzy szeregami więźniów mierząc ich zimnym, pełnym pogardy wzrokiem od stóp do głów. Dotykali mięśni, rąk i nóg. Lustrowani, jak wytresowane zwierzęta, stali nadzy piątkami i czekali na dalszy ciąg gry w ciuciubabkę, prowadzonej przez oprawców.
   Wielu z lustrowanych pytano o zawód i wiek. W przypadku odpowiedzi zadowalającej kazano poszczególnym osobom występować z piątek i odejść na bok. Czekali na zakończenie przeglądu i dalsze decyzje. Wśród tych ostatnich znalazł się ojciec Tadka. Tadek, któremu dotychczas udawało się nie rozstawać z ojcem, wyskoczył z piątki, uczepił się kurczowo ojca i zaczął prosić, żeby pozwolono mu iść razem z nim.
   Nastąpiła konsternacja. Incydent ten brutalnie przerwał pedantyczną pracę niemieckich "urzędników". Popatrzyli zdumieni.
   Jeden z esesmanów uderzył nerwowo pejczem w cholewkę eleganckiego, błyszczącego buta i szybkim krokiem zbliżał się w kierunku ojca i syna.
   - Synku, błagam cię, odejdź - szepnął ojciec ze łzami w oczach. - Nie ma innego wyjścia, musimy się rozstać. Na pewno spotkamy się jeszcze. A teraz odejdź, bo on cie zabije.
   Tadek jak gdyby nie słyszał tego, co mówi ojciec. W dalszym ciągu trzymał kurczowo ojca w objęciach. Dopiero silne uderzenie w gołe plecy, a potem w głowę i jeszcze raz w plecy zwolniły jego uścisk i chłopiec upadł pod nogi rozwścieczonego Niemca. Ten nie przestawał bić. Uderzeniom pejcza towarzyszyły wymierzane z siłą kopniaki. Krwawiącego, nieprzytomnego Tadka zawleczono do baraku."

______
Moje refleksje:

Niezbyt długa książeczka w niewielkim, poręcznym formacie opowiada o historii obozu Auschwitz widzianego oczami kilkorga dzieci, które zabrano tam prosto z powstania Warszawskiego - od sierpnia do października 1944 roku. Dowiadujemy się co dzieci robiły tuż przed zabraniem do transportu, jak wyglądała ich podróż, pierwsze chwile zameldowania oraz dalsze dni życia w obozie. Jak próbowały zdobyć coś do jedzenia, skontaktować się z rodzicami, jak walczyły z chorobami i osłabieniem, jak cieszyły się z odnalezienia dawnych towarzyszy zabaw jeszcze z Warszawy. Ich życie obozowe pełne było nienawiści, obojętności, głodu, bicia i poniżania, ale mimo to udało im się zachować ludzkie uczucia - współczucie i chęć pomocy współtowarzyszom oraz poczucie wspólnoty. Cała historia przeplatana jest ogólnymi informacjami dotyczącymi historii obozu i statystykami przechodzących przez niego dzieci.

Czytając miałam wrażenie, że autorki piszą całościowo w sposób bardzo przewidywalny dla takiego tematu. Jakby popadały w pewną tendencję chęci ukazania czegoś jeszcze bardziej potwornym. Jakby rzeczywista potworność była zbyt mało potworna, lub jakby bały się, że czytelnik w zwykłym opisie tej potworności nie odnajdzie, a wtedy misja przesłania nie zostanie spełniona. A może po prostu zbyt przyzwyczaiłam się do - być może jedynie - heroicznego mitu o zbyt wcześnie dorosłych 14- i 15-latkach. O nastolatkach, którzy jak dorośli biegli z bronią na ramieniu, wysadzali czołgi, zabijali Niemców i brali w miarę możliwości pełny udział w podziemnej walce z okupantem. Może dlatego tak nienaturalnym i niepasującym do tej wizji bohaterów wydaje mi się 15-letni Tadek zanoszący się płaczem, tulący do ojca i pytający "Tatusiu, co z nami zrobią?".

Historia opisana w sposób zgoła inny od choćby pozostawiających po sobie mocny odcisk opowiadań Borowskiego. Niemniej również skłania do zastanowienia się nad losem ludzi żyjących w czasie II wojny światowej. Nad tym, że kiedyś ktoś po prostu zginął, bo ktoś inny zwyczajnie miał taką ochotę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz